Archive for December, 2002

Rachunki historyczne

Friday, December 27th, 2002

W minionym roku wytrwale i z powodzeniem rozliczaliśmy się z historią.
Najlepiej poszło z tą nieodległą – pięciolecie Powodzi Tysiąclecia uczciliśmy kombatanckim festynem i ustawieniem przez ks. Stefana Baldego pomnika Damy Pasiecznej. Najgorzej poszło nam z historią najstarszą – szczątkami śląskiego jaszczura spod Opola (Silesaurus Opolensis) sprzed 230 milionów lat zajmowali się wszyscy możliwi urzędnicy, ale przez cały rok nie uradzili niczego konkretnego. Dinozaury spędzą zimę w foliowym namiocie, władza zajmie się nimi w nowym roku. Podobno już na serio.

Lepiej poszło nam na innych historycznych frontach. W Białej Prudnickiej Jerzy Fornalik i dzieciaki spod Warszawy uporządkowały wreszcie stary żydowski cmentarz, o który nikt nie chciał się zatroszczyć wcześniej. Byliśmy tak strasznie zadowoleni, iż ktoś nas tak ładnie wyręczył, że Fornalika i ambasadora Izraela Szewaha Weissa witały w Białej pierwsze urzędowe persony, a burmistrz Henryk Małek obiecał, że teraz będzie o kirkut dbał. Tyle, że Małek burmistrzem już nie jest i o nekropolię powinien się zatroszczyć nowy burmistrz. Jak będzie, zobaczymy.

Największy sukces odnieśliśmy na historycznym froncie polsko-niemieckim. We wrześniu, po ciągnących się rok kłótniach o listę ofiar, udało nam się wreszcie doprowadzić do otwarcia cmentarza ofiar powojennego obozu pracy w Łambinowicach. Ofiary nie doczekały się ekshumacji umożliwiającej rozwianie różnych związanych z obozem czarnych legend, ale doczekały się hołdu i upamiętnienia. Teraz trzeba tylko zadbać o to, by dyrektor Muzeum Jeńców Wojennych w Opolu-Łambinowicach Edmund Nowak stał się pełnoprawnym gospodarzem cmentarza i mógł wpisać go w edukacyjną misję muzeum.

Niektóre historyczne rachunki próbowali za nas robić inni. Niestety, z bardzo mizernym skutkiem. W styczniu warszawski Sąd Najwyższy oddalił wniosek o kasację wyroków w sprawie braci Jerzego i Ryszarda Kowalczyków, skazanych w 1972 roku za wysadzenie w powietrze auli WSP w Opolu. Wniosek złożył były minister sprawiedliwości Lech Kaczyński. Zapewne w dobrej intencji, ale tak niefortunnie, że oddalono go z powodów formalnych. Uzasadnienie wniosku nie podobało się zresztą i tym, którym zależało na rehabilitacji Kowalczyków – minister Kaczyński zasugerował bowiem, że działali “z fascynacji pirotechniką”, a nie z pobudek politycznych, czym odbierał ich czynowi cały antykomunistyczny wydźwięk.

Autor artykułu: most

Kryminałów też nie brakowało

Friday, December 27th, 2002

Na koniec roku policja ogłosiła z satysfakcją, że mieszkańcy Opolszczyzny czują się bezpieczniej od mieszkańców innych regionów. Ale wcześniej nasz wymiar sprawiedliwości miał parę wpadek i mnóstwo roboty.

Wpadki? Szef policji z Lewina Brzeskiego odszedł w pośpiechu ze służby, bo znajoma oskarżyła go o seksualną natarczywość. Podobno adorował ją po służbie, bez munduru, ale mundur i tak zrzucił. Pech nie ominął prokuratury – zdolny pracownik wydziału do spraw zwalczania przestępczości zorganizowanej Prokuratury Okręgowej dał się przyłapać na prowadzeniu samochodu na podwójnym gazie.

Mieliśmy też parę śledztw budzących żywe zainteresowanie całej Polski. Już w styczniu ujawniono, że w rejonie Niemodlina przestępcy parający się kradzieżami samochodów urządzali krwawe walki psów. Wstrząsające wrażenie robiła kaseta, na której rejestrowali tresurę i makabryczne psie jatki.
Niewątpliwym sukcesem było wykrycie i zatrzymanie 46-letniego Romana O., który pochodził z Kościerzyna na Pomorzu, ale pomieszkiwał w Głuchołazach. Ten pozornie bezbarwny bezrobotny miał na koncie dwa brutalne mordy: 26 kwietnia zastrzelił w Nysie 22-letnią barmankę, 2 czerwca zastrzelił w Kościerzynie 25-letnią ekspedientkę i jej 21-letnią siostrę, która akurat przebywała w sklepie. Zabójstwa miały motyw rabunkowy ? zdemoralizowany do szpiku kości bandzior nie wahał się zabić, by ukraść skromny sklepowy utarg. Prokuratura twierdziła z przekonaniem, że był gotów do następnych zbrodni.

Nasza prokuratura kolejny już rok zajmowała się też domniemanymi nadużyciami władz miasta Opola z czasów, gdy prezydentem był obecny wojewoda Leszek Pogan. I tu nie bardzo wiadomo, czy mówić o sukcesie czy wpadce. Prokuraturze udało się co prawda postawić zarzuty kilku osobom zamieszanym w działalność spółki Dobre Domy Opole, ale nadal boryka się z innymi wątkami ratuszowego śledztwa. Sprawa jest tak skomplikowana, że nie potrafią jej rozgryźć nawet eksperci, od kilkunastu miesięcy zakopani po uszy w dokumentach.

Prokuraturze nie będzie łatwo przekuć tego postępowania w kolejny sukces, bo sprawą bardzo – czytaj: za bardzo – zainteresowali się politycy. Poseł SLD Jerzy Szteliga zarzuca prokuraturze opieszałość, z kolei sekretarz generalny SLD Marek Dyduch sugeruje publicznie (pobożne życzenie czy przeciek z ministerstwa sprawiedliwości?), że postępowanie zmierza w kierunku korzystnym dla lewicowych polityków. A biedna prokuratura powtarza za każdym razem, że to normalne postępowanie nie mające nic wspólnego z polityką. Tak trzymać, panowie.

Autor artykułu: most

Demony, kluchy i mażoretki

Friday, December 27th, 2002

Gospodarka się nam sypie, politycy żrą, ale nam fantazji i inwencji nie brakuje. W 2002 nieźle radziliśmy sobie przynajmniej na szeroko pojętym froncie kulturalnym.

Do kalendarza imprez wróciły te, o których zaczynaliśmy zapominać. Wojtek Lasek ponownie zorganizował Międzynarodowy Festiwal Perkusyjny, a Tadeusz Pabisiak, mimo kłopotów z kasą, ściągnął na Jazz Rock Meeting samego Adama Makowicza.

Świetny rok miał Teatr im. Jana Kochanowskiego, który triumfował na tegorocznych Opolskich Konfrontacjach Teatralnych. “Matka Joanna od Aniołów” w reżyserii Marka Fiedora, inscenizacja opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza o demonach tkwiących w naszej duszy, była pierwszym spektaklem w dziejach imprezy, który został najwyżej oceniony – jednomyślnie i jednogłośnie – przez jurorów, dziennikarzy i publiczność.
Mieliśmy też nowe, cokolwiek zwariowane pomysły. W Cisku podjęto próbę ustanowienia rekordu Guinnessa w jedzeniu klusek śląskich. Z 450 jaj, 100 kilo mąki ziemniaczanej i 420 kilo ziemniaków utoczono tam i spałaszowano 11.814 kluch.

Nieco ryzykownym pomysłem było zorganizowanie w Opolu Mistrzostw Europy Mażoretek. Dyrektor Domu Kultury w Ozimku Stanisław Rewieński zabrał się do tego praktycznie jednoosobowo, nie zapewniając sobie zawczasu wsparcia polityków i sponsorów, ale w końcu postawił na swoim. Mistrzostwa się udały, a gibkie dziewczęta w uniformach przypadły opolanom do gustu. Jest więc szansa na powtórkę za rok.

Autor artykułu: most

Człowiek tygodnia : Katarzyna Deszcz

Friday, December 20th, 2002

Katarzyna Deszcz, reżyser “Igraszek z Diabłem”. Rodowita krakowianka, od zawsze wykazywała zainteresowanie sztuką. Już w szkole podstawowej recytowała wiersze na wszystkich akademiach, w liceum aktywnie tworzyła teatr amatorski. Zaskoczeniem wydawać się może, że pani Katarzyna jest absolwentką prawa karnego na Uniwersytetu Jagiellońskiego. Oprócz studiów prawniczych ukończyła też reżyserię w krakowskiej szkole teatralnej. (more…)

Moralitet przed świętami

Friday, December 20th, 2002

Opolski teatr dramatyczny im. Jana Kochanowskiego w Opolu rzucił wyzwanie świątecznym przygotowaniom. Tuż przed samymi świętami w sobotę 21 grudnia na Dużej Scenie odbędzie się premiera “Igraszek z diabłem”.

Katarzyna Deszcz, reżyser spektaklu ma spory orzech do zgryzienia, bo spora część widzów zapewne doskonale pamięta kultowy spektakl telewizyjny, w którym główną rolą zagrał Marian Kociniak.

- Nie będziemy odwoływać się ani do tego przedstawienia, ani innych. Chcemy stworzyć zupełnie nowe przedstawienie – mówi reżyser.
Jednocześnie przyznaje, że praca przy tej sztuce jest wielkim wyzwaniem. Jest to bowiem piękna opowieść, ale w polskiej tradycji teatralnej utarło się przekonanie, że to komedia. Przedstawienie, którego główną rolą jest rozbawianie widzów.

- Utwór uchodzi za zabawny, ale jak się go uważnie przeczyta, to pozostaje wrażenie, że jednak jest to również moralitet. Połączenie tych dwóch żywiołów jest bardzo trudne – dodaje Bartosz Zaczykiewicz, dyrektor teatru.
Może z tych powodów “Igraszki z diabłem” Jana Drdy nie są często wystawianą sztuką. Wprawdzie na deskach opolskiej sceny dramatycznej będzie to już trzecia premiera, ale ostatnia miała miejsce w 1968 roku.
- Ten tekst zawiera całą masę mądrości i chcemy opowiedzieć go z humorem, tak aby widzowie jednocześnie dostrzegli całą urodę dialogów, ale nie czuli się znużeni – wyjaśnia Katarzyna Deszcz,
To długie przedstawienie (dawnej grane było nawet do czterech) godzin), w wersji opolskiej będzie trwać dwie godziny.

Opolskie “Igraszki z diabłem” zostały tak pomyślane, aby przy zachowaniu baśniowej otoczki zbliżyć się jednak ku współczesności. Według dyrektora teatru i Katarzyny Deszcz jest to spektakl zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci.

Autor artykułu: Magdalena Kaczor

Kiedyś zaśpiewam w Opolu

Friday, December 20th, 2002

Rozmowa z Alicją Janosz, pierwszym polskim “Idolem” o płycie, przyjaźniach i środowisku muzycznym

Co dzieje się teraz w twoim życiu?

Trwa promocja mojej płyty, która ukazała się 8 października, a to oznacza mnóstwo wywiadów, spotkań, konferencji. Jest to dla mnie dosyć dziwny okres, wymagający ogromnego skupienia i zabierający dużo czasu. Nie ukrywam, że jest to duży wysiłek psychiczny i fizyczny.

Jak sobie z tym radzisz, przecież jeszcze się uczysz…

Mam indywidualny tok nauczania, co oznacza, że nie muszę się uczyć sama, a co jakiś czas mam konsultacje z nauczycielami i zdawanie egzaminów.

Jak twoi rodzice znoszą rozłąkę, nie boją się o ciebie?

Często rozmawiamy przez telefon. Wiem też, że bardzo się o mnie boją, ale jednocześnie mają do mnie zaufanie i wiedzą, że kocham robić to, co robię i że jest to dla mnie najważniejsze w tej chwili.

Czy od czasu, kiedy zostałaś “Idolem” bardzo się zmieniłaś?

Każdy się zmienia. W człowieku cały czas coś się zmienia, odkrywam w sobie i w innych osobach nowe cechy, reakcje, zachowania. Myślę, że to nie jest związane jedynie z tym, co przyniosło ze sobą zwycięstwo w “Idolu”, ale z moim wiekiem i poprzez kontakt z osobami pochodzącymi np. ze środowiska muzycznego.

Stałaś się osobą publiczną, nie doskwiera ci popularność?

Wszystko zależy od nastawienia. Jeśli ktoś podchodzi do ciebie i prosi cię o autograf, a ty traktujesz to jako coś fajnego i sympatycznego, to wytwarza się miła atmosfera. Natomiast jeśli traktujesz to, jak jak dopust boży i masz pretensje do całego świata, wszyscy wokół Ciebie również to wyczuwają. Taka jest cena popularności i trzeba się z tym pogodzić.

Jeśli już mówimy o popularności, to wiadomo, że ma ona też swoje dobre strony. Zdążyłaś już je poznać?

To prawda, że czasami ludzie inaczej cię traktują i pewne bariery łatwiej jest pokonać, ale nie mogę powiedzieć, żebym dzięki popularności załatwiła sobie coś szczególnego. Ona jest raczej pomocna w codziennym życiu, w małych sprawach, dzięki temu czasami ludzie uśmiechają cię i wpuszczają tam, gdzie dla innych drzwi są zamknięte.

A jak układają się
sprawy z chłopakami, masz
teraz z pewnością duże powodzenie.

Na razie nie mam chłopaka. To jest zbyt poważny wybór, żeby dokonywać go na fali zainteresowania moją osobą. Na czymś takim zupełnie mi nie zależy. Myślę, że na wszystko jest odpowiedni czas i miejsce. Czekam na tą jedyną osobę i wiem, że kiedy go spotkam będę wiedziała, że to ten jedyny.

Oglądasz drugą edycję “Idola”?

Raczej tak, ale nie zawsze mam na to czas.

Masz już swoich faworytów?

Przede wszystkim chcę powiedzieć, że w drugiej edycji jest bardzo wysoki poziom. Na razie mam kilku faworytów, ale w finale będę miała okazję bardziej się przyjrzeć uczestnikom i zobaczyć ich w rozmaitym repertuarze. Wtedy wybiorę sobie swojego idola.

Jak odbierasz Kubę Wojewódzkiego, który jest postrachem wszystkich uczestników, teraz z pozycji widza?

Komentarze Kuby zawsze były dla mnie tak samo zabawne. Nawet wtedy, kiedy dotyczyły mojej osoby.

Jakie masz plany na przyszłość.

Ja chcę po prostu śpiewać. Bez względu na to, co się wydarzy w moim życiu, wiem, że będę śpiewać. Muzyka jest dla mnie niezwykle ważna i zajmuje szczególne miejsce w moim życiu. Mam nadzieję, że da mi siłę, żeby przetrwać trudne chwile i będzie powodem, żeby przeżywać wiele tych radosnych.

Zamierzasz się kształcić w kierunku muzyczny?

Śpiewać będą tak czy inaczej i dlatego warto się kształcić muzycznie, ale chcę studiować psychologię.

Chciałabyś kiedyś wystąpić na festiwalu opolskim?

Oczywiście miło jest pojawiać się wszędzie tam, gdzie występują ludzie którzy kochają muzykę i są z nią związani od lat, ale wszystko w swoim czasie.

Poznałaś już ludzi z “branży”?

Tak poznałam kilka takich osób. To so ludzie tacy sami jak my. Mają swoje problemy i radości. Na początku podchodziłam do nich z lekkim dystansem, ale po pewnym czasie bariera się przełamuje. Szczególnie, kiedy widzisz, że ta osoba z tak zwanego świecznika reaguje na wszystko tak samo jak ty. Wtedy przestajesz się krępować.

Masz jakiś muzyczny wzór do naśladowania, swojego idola?

Mam wielu idoli. Nie tylko z branży muzycznej, wśród nich są moi przyjaciele. Natomiast muzycznie imponuje mi Madonna, Pink i Whitney Huston, którą podziwiam i szanuję od wielu lat. Bardzo lubię Gwen Stefani.

Nie wymieniłaś żadnego polskiego nazwiska, uważasz, że rodzimy przemysł muzyczny jest na tak niskim poziomie?.

Wydaje mi się, że polska muzyka jest ograniczana przez strach przed czymś nowym. Przez to, że wytwórnie fonograficzne i rozgłośnie radiowe boją się wypuszczać czegoś nowego. Oczywiście, Polacy potrafią robić dobrą muzykę, ale właśnie z tych powodów idą na różne kompromisy i rezygnują z czegoś swojego na rzecz tego co się na pewno sprzeda.

A ty w przyszłości nie będziesz się bała eksperymentów?

Wprost przeciwnie, chcą żeby moja druga płyta będzie jednym wielkim eksperymentem, ale przemyślanym. Natomiast wracając do polskich idoli, to mam ich oczywiście. Podziwiam Edytę Bartosiewicz, Kasie Nosowską, Kayah oraz Anitę Lipnicką.

Poznałaś już którąś z nich?

W szansie na sukces poznałam Kayah i muszę powiedzieć, że zrobiła na nie niesamowicie dobre wrażenie.

Masz przyjaciół takich prawdziwych, od serca?

Nie używam słowa przyjaciel często. Mam zaledwie trzy osoby, które mogę tak nazwać. Dwie z nich poznałam w Warszawie i od pół roku towarzyszą mi niemal cały czas. Wspierają mnie na każdym kroku i są dla mnie niezwykle ważne. Mam jeszcze przyjaciółkę w Pszczynie, taką sprzed “Idola”. Nie ocenia mnie, nie porównuje, a przede wszystkim, wie, że jestem cały czas tą samą osobą.

Co robisz w wolnym czasie?

Słucham muzyki, rozmawiam z ludźmi, a ostatnio odkryłam zalety samotnego chodzenia do kina. Pomyślałam, że fajnie by było odskoczyć od codzienności. W kinie jestem tylko ja i rzeczywistość wymyślona przez reżysera.

Mieszkasz teraz w Warszawie, opuściłaś rodzinne gniazdo. Czy to była trudna decyzja?

To czeka każdego człowieka, jeden usamodzielnia się szybciej, inny wolniej. Ja może rzeczywiście wkroczyłam w ten etap życia nieco wcześniej niż większość moich rówieśników, ale byłam już na to gotowa, i może dlatego tak łatwo mi to przyszło.

Czego nauczył cię udział w “Idolu”?

Przede wszystkim zapamiętałam to, że ludzie którzy kochają muzykę, bez względu na to jaką i jak śpiewają, powinni się trzymać razem. To jest wspólna pasja i pomimo, że jesteśmy inni, pochodzimy z różnych miast to mamy wspólną pasję i powinniśmy trzymać się razem. Nie pojmuję tego, że wielbiciele rocka negują miłośników popu, ci z kolei nie lubią jazzu, a jeszcze inni disco, lub hip-hopu. Nie szanują innych. Nie wszyscy musimy się tak samo ubierać i słuchać takiej samej muzyki. To nie znaczy, że mi podobają się wszystkie gatunki. Chodzi mi o poczucie pewnej wspólnoty, ta cała nienawiść i negacja niczemu nie służy. Ja szanuję wszystkich ludzi, którzy podobnie jak ja kochają muzykę. Bez względu na gatunek.

Autor artykułu: Rozmawiała Magdalena Kaczor

Ostatni tak hojny dar

Friday, December 13th, 2002

W ostatni poniedziałek siedziba Mniejszości Niemieckiej w Krapkowicach przypominała hurtownię nowoczesnego sprzętu medycznego. Co chwila zgłaszali się przedstawiciele kolejnego szpitala, by szybko podpisać dokumenty i zabrać swoją część. – Pośpiech jet wskazany, bo to cenne urządzenia, których nie wolno przechowywać bez zabezpieczenia – komentował Roman Kolek, wicedyrektor Opolskiej Regionalnej Kasy Chorych.

Atmosfera w czasie przekazywania darów była robocza, nie było czasu na przemówienia i wielkie słowa. Tymczasem sprawa warta jest opisania, bo w grę wchodzą kwoty niebagatelne. Tym razem Niemiecki Czerwony Krzyż nabył za środki Ministerstwa Spraw Wewnętrznych RFN sprzęt medyczny wartości 826 milionów marek.

- To są pieniądze z puli przeznaczonej na wspieranie Mniejszości Niemieckiej – opowiadał mediom poseł Henryk Kroll. – Oznacza to, że Mniejszość zrezygnowała z wydania ich na jakieś inne cele, na przykład na działalność kulturalną, postanawiając wspomóc nimi służbę zdrowia. Możemy w ten sposób pokazać większości, że czasem dobrze jest mieć u siebie Mniejszość Niemiecką.

- To nie pierwszy dar w tym roku. Wcześniej z tego samego źródła Opolszczyzna uzyskała milion złotych na wsparcie naszej kardiochirurgii – dodał dyrektor Kolek.

Nie tylko Opolszczyzna

- Co tu mamy? Bardzo różne rzeczy. Ultrasonografy, sprzęt do laparoskopii, artroskopy do badania stawów, respiratory ? wyliczał dr Adam Horzela, przewodniczący Śląskiego Towarzystwa Medycznego. ? Mamy tu nie tylko nową aparaturę, ale również oprzyrządowanie do aparatów, które trafiły do naszych szpitali wcześniej.

Na liście obdarowanych placówek jest kilkanaście szpitali, nie tylko z Opolszczyzny. Jak tłumaczył poseł Kroll, sprzęt trafia przede wszystkim do tych regionów, gdzie mieszkają polscy Niemcy. Dlatego – oprócz szpitali z naszego regionu – wybrano ZOZ-y w województwach śląskim, dolnośląskim i warmińsko-mazurskim.

- Ja przyjechałem po gastroskop do diagnostyki przewodu pokarmowego – powiedział Gazecie dr Zdzisław Juszczyk ze Szpitala św. Elżbiety z Białej Prudnickiej.

- My odbieramy artroskop do badania i wziernikowania stawów oraz pompy infuzyjne do podawania leków drogą dożylną – dodał Piotr Trybalski, dyrektor Szpitala Rejonowego w Zabrzu.

Sprzętu nie kupowano w ciemno, najpierw Niemiecki Czerwony Krzyż otrzymał podania od polskich szpitali zainteresowanych zdobyciem konkretnych urządzeń.

Mniej, ale lepiej

Ten system pozyskiwania darów, wygodny dla szpitali, od dawna był jednak krytykowany za brak koordynacji. Urzędnicy z Kasy Chorych, a wcześniej wydziałów zdrowia w urzędach wojewódzkich, zwracali uwagę na to, że nowoczesne i bardzo kosztowne urządzenia nie zawsze dzielone są racjonalnie. Często występowały o nie placówki małe, które nie bardzo miały kogo nimi leczyć.

- Od dawna apelowaliśmy o to, by wspierać staranniej wybrane przedsięwzięcia. Cały milion dla kardiochirurgii to przykład dobrze wydanych pieniędzy – powiedział Gazecie dyrektor Kolek.
Właśnie te wątpliwości sprawiły, że system rozdzielania sprzętu medycznego zostanie zmieniony. Dary przekazane w miniony poniedziałek to ostatnia partia rozdana według starych reguł gry.

- Dary na rok 2003 zostały już wybrane inaczej – opowiada Joachim Niemann, dyrektor biura Związku Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w RP. – Szpitale składały wnioski do naszego Związku. My je konsultowaliśmy ze Śląskim Towarzystwem Medycznym, by to lekarze mogli ocenić, czy sprzęt jest potrzebny w danym szpitalu. Oprócz tego zapytaliśmy o zdanie lokalny samorząd, który jest organem prowadzącym szpital. Sprawdzamy w ten sposób, czy placówka nie jest przeznaczona do likwidacji albo prywatyzacji. Chodzi o to, by ta aparatura trafiła do publicznej służby zdrowia i służyła wszystkim. Nie może być tak, że damy ją szpitalowi, który za pół roku stanie się placówką prywatną.

Staranniejszy dobór celów jest potrzebny i z tego powodu, że niemiecka pomoc maleje. Rząd RFN też ma budżetowe kłopoty i oszczędności odbijają się na puli przeznaczonej dla Mniejszości Niemieckiej. Dlatego w przyszłym roku nasza służba zdrowia dostanie sprzęt wartości już “tylko” 600 tysięcy złotych.

- Wybraliśmy tylko dwa szpitale, w Kędzierzynie i Piekarach – mówi dyrektor Niemann.

Autor artykułu: Marek Ostrowski

Boimy się .mniej

Friday, December 13th, 2002

Z najnowszych badań Ośrodka Badania Opinii Publicznej wynika, że Opolszczyzna jest województwem, w którym mieszkańcy czują się najbezpieczniejsi.

- Dumni jesteśmy z tego, że społeczeństwo Opolszczyzny obdarzyło swoją policję tak dużym zaufaniem. Jest to jednocześnie zobowiązanie wobec wszystkich mieszkańców naszego województwa – komentuje wyniki sondażu komisarz Anna Wawrzczak-Gazda, rzecznik prasowy KWP w Opolu.

Badania zostały przeprowadzone na zlecenie Komendy Głównej Policji w dniach 12-14 października. Ankieterzy spytali o zdanie 3.330 mieszkańców Polski w wieku powyżej 15 lat. Sondaż realizowano metodą face-to-face (twarzą w twarz).

Wyniki są rzeczywiście korzystne dla naszych policjantów. Dobrą ocenę wystawiło policji 68 proc. Polaków, ale aż 74 proc. Opolan (wyższy poziom uznania uzyskała tylko w województwach świętokrzyskim i warmińsko-mazurskim). Opolanie darzą policję wyższym zaufaniem niż mieszkańcy innych regionów – to zaufanie zadeklarowało 76 proc. naszych krajan, a średnia krajowa wyniosła tylko 72 proc.

Jeszcze bardziej charakterystyczne są odpowiedzi na pytanie o osobiste poczucie bezpieczeństwa. Pytanie brzmiało: “Czy czuje się Pani/Pan bezpiecznie spacerując po okolicy po zmroku (lub czy czułby się bezpiecznie wychodząc po zmroku)? ” Takie poczucie bezpieczeństwa ma aż 67 proc. Opolan, tymczasem krajowa średnia to wyraźnie skromniejsze 56 proc.
Policja ma powody do satysfakcji, tym bardziej, że w nagłośnionych kilka lat temu badaniach Opolanie wypadli znacznie gorzej – deklarowany przez nich poziom strachu był wtedy wyższy niż w innych regionach, choć to nasz region miał i nadal ma mniejszą przestępczość. Komisarz Wawrzczak-Gazda jest jednak przekonana, że tych badań nie można mechanicznie porównywać – wtedy badano mieszkańców miast, gdzie jest więcej zagrożeń, a teraz zapytano o zdanie także mieszkańców małych miejscowości i wiosek, gdzie ludzie lepiej się znają i po prostu mniej się boją nieoczekiwanych zdarzeń.
Niewykluczone, że nasze opolskie dobre samopoczucie bierze się i z tego, że wreszcie zakończyły się personalne przepychanki w naszej policji. Przypomnijmy ? kilka lat temu cała Opolszczyzna rozmawiała o prokuratorskim śledztwie przeciw szefowi Komendy Miejskiej Policji w Opolu Andrzejowi W., a zaraz potem o odwołaniu szefa Komendy Wojewódzkiej Zenona Rutkowskiego. Na szczęście – dla policjantów i obywateli – powołany wówczas na to stanowisko Dariusz Biel urzęduje do dziś i na żadne zmiany się nie zanosi. To poczucie stabilizacji przekłada się na poczucie bezpieczeństwa.

Autor artykułu: most

Do Niemiec… po sprzęt medyczny

Friday, December 13th, 2002

Czemu niemiecki rząd wspomaga opolskie (i nie tylko) szpitale? Z tych samych powodów, dla których wspierał finansowo takie przedsięwzięcia jak budowa wiejskich wodociągów.

Gdy w Polsce zapanowała demokracja i członkowie Mniejszości Niemieckiej mogli zacząć się organizować i zabiegać o swoje interesy, rząd RFN musiał się zdecydować na jakąś formę ich wspierania. Przyjęto wtedy zasadę, że polscy Niemcy powinni żyć w swoim Heimacie, a nie – jak stało są to na przykład z Niemcami nadwołżańskimi – emigrować na stałe do RFN. By tę emigrację ograniczyć, postanowiono zadbać o poprawę standardów życia Mniejszości. Chodziło o to, by w rodzinnych wioskach mogli wreszcie żyć w przyzwoitych warunkach, z wodą w kranie, a nie w studni. To podniesienie jakości życia obejmowało także wspieranie służby zdrowia.

Z tych inwestycji korzysta polska większość. I jest to jedna z głównych przyczyn, dla których przestała patrzeć na żyjących po sąsiedzku członków Mniejszości jak na zagrożenie, a zaczęła w nich widzieć współobywateli.
Warto przypomnieć znaną anegdotę. Gdy biskup Alfons Nossol zalecił odprawianie nabożeństw w języku niemieckim, w jednej z podopolskich miejscowości pojawił się wielki napis “Nossol do Niemiec”. Po krótkim czasie mijający go kierowcy zobaczyli dopisek (podobno zrobiony przez oburzonego księdza): “Po sprzęt medyczny! “.

Autor artykułu: most