Archive for June, 2008

Nysa: Patroni nie całkiem znani

Wednesday, June 4th, 2008

Nyscy radni jednogłośnie i bez dyskusji nadali nazwy kolejnym dziesięciu ulicom, które powstaną w pobliżu ulicy Franciszkańskiej, niedaleko byłego poligonu wojskowego.

Oprócz tak popularnych postaci, jak św. Elżbieta czy gen. Leopold Okulicki, są także nazwiska ojców franciszkanów , do tej pory znane tylko nielicznym. To pomordowani w marcu 1945 r: ojciec Benno Sonsalla, brat Dionizy Feliks Wegner, brat Ferdynand Mateusz Fluder, brat Kazimierz Jan Froncek, brat Rajmund Kasperczyk i brat Godfryd Bochnigh.

Wnioskodawcą ich upamiętnienia jest proboszcz parafii św. Elżbiety ojciec franciszkanin Faustyn Zatoka. Jego zdaniem przyczyni się to do popularyzacji postaci zakonników, którym w tak tragiczny sposób przyszło zakończyć życie.

– Nazywanie ulic to sprawa specyficzna. Przy Powstańców Śląskich są kamienie, a więc powstały tam ulice Kryształowa czy Bursztynowa. Mamy też Poziomkową – mówi naczelnik wydziału geodezji i architektury Andrzej Rosa. – Nie przesadzajmy, Nysa ma ciekawą historię, którą powinna popularyzować. Nie nadawajmy więc ulicom nazw niewiele mówiących czy też liczb, jak ma to miejsce w USA. Według sekretarza miasta Michała Baziuka, nadawanie ulicom nazwisk osób znanych to już w Nysie tradycja: – Nazwiska ojców franciszkanów są mało znane albo zapomniane, bo nawet radni słabo ich kojarzą. Właśnie przy Franciszkańskiej, zakonnicy zostali zamordowani przez wojska radzieckie i pamięć o nich powinna przetrwać.

Podobnego zadnia jest radny Ryszard Wajdzik: – Skoro taka była propozycja parafii św. Elżbiety, nie widzieliśmy powodu, aby dyskutować i uchwała przeszła jednogłośnie. Przyznam,że wcześniej nie wiedziałem, że tacy ojcowie zostali w Nysie pomordowani. O to właśnie chodzi: o przybliżanie historii – przekonuje.

Uchwałę podjęto, ale za wcześnie jeszcze na zawieszanie tabliczek z nazwami ulic. – To okolice dawnego poligonu, które dopiero będą się zaludniać – tłumaczy naczelnik Rosa.

Nyską ciekawostką jest historia nazwy obecnej ulicy Marii Merkert. Pierwotnie miała t być ulica radzieckiego generała Leluszenki. Kiedy zawisła tabliczka, okazało się,że uchwałę podjęto wbrew prawu, bo generał jeszcze żył, a bohaterami ulic powinni być nieżyjący. . Zmieniono zatem nazwę na ulicę Marii Merkert.

Autor artykułu: Dorota Kłonowska (Radio Opole)

Nysa: Elżbietanki pod lupą CBA

Wednesday, June 4th, 2008

- Potwierdzam, że zajmujemy się sprawą nyskiego Zgromadzenia Sióstr Elżbietanek – stwierdził Temistokles Brodowski, z CBA. – Wpłynęła do nas informacja od wójta Nowego Targu dotycząca przywrócenia własności nieruchomości. To doniesienie, jak każde, które otrzymujemy, poddaliśmy czynnościom analityczno-informacyjnym. O dalszych działaniach nie informujemy.

Zawiadomienie do CBA trafiło po tym, jak elżbietanki sprzedały niemal 20-hektarową działkę w Łopusznej prywatnemu przedsiębiorcy. Siostry dostały ją po długich staraniach w Komisji Majątkowej, jako rekompensatę za mienie zagrabione przez komunistów.

Komisja przyznała im dodatkowo odszkodowanie – ponad 800 tys. zł. Działkę sprzedały od razu, co wzbudziło podejrzenia władz Nowego Targu.

- Już wcześniej występowaliśmy, bezskutecznie, do skarbu państwa o tę nieruchomość, której użytkownikiem była Stacja Kontroli Odmian w Łopusznej – mówi zastępca wójta Nowego Targu Stanisław Szeliga. – Gminie zależało na kilku hektarach tej dużej działki, gdzie miały powstać obiekty użyteczności publicznej: szkoła i boiska sportowe. Tego oczekiwali mieszkańcy Łopusznej. , którzy zorganizowali zebranie wiejskie i tam właśnie zapadła decyzja o skierowaniu sprawy pod lupę CBA. Zrobiliśmy to na ich prośbę.

Dlaczego wybrano CBA? – Bo nie chcieliśmy spotkać się z zarzutem, że sprawa jest badana lokalnie – wyjaśnia zastępca wójta. – Gmina nie składała elżbietankom oferty kupna, ale tylko dlatego, że nie wiedziała, że skarb państwa im nieruchomość przekazał.

Elżbietanki nie chcą się wypowiadać.

Autor artykułu: Dorota Kłonowska (Radio Opole)

Racławice potrzebne na już

Wednesday, June 4th, 2008

Wicewojewoda Antoni Jastrzembski pojechał wczoraj do Wrocławia na posiedzenie komitetu monitorującego realizację programu Odra 2006, by przekonywać o konieczności szybkiego wybudowania zbiornika retencyjnego w Racławicach Śląskich. Zlewnia Osobłogi to jeden z 13 punktów, gdzie ochrona przecipowodziowa wciąż jest za słaba.

Kilka tygodni temu o tych słabych punktach na mapie województwa debatowało kolegium doradcze wojewody, na ostatniej sesji Sejmiku Wojewódzkiego o ustaleniach kolegium opowiadał radnym wojewoda Ryszard Wilczyński. – To są miejsca, gdzie zagrożenie wystąpi nie tylko w czasie powodzi takiej jak w roku 1997, ale już przy tak zwanej wodzie stuletniej albo nawet większych opadach – mówił.

Osobłoga w rejonie Racławic Śląskich to miejsce newralgiczne: podczas niedawnej fali opadów rzeka przekroczyła tu stan alarmowy a kilka piwnic zostało podtopionych.

- Zbiornik retencyjny jest konieczny – ocenia burmistrz gminy Głogówek Andrzej Kałamarz. – Ale to ogromna inwestycja, która ma kosztować nawet 80 milionów złotych. W najlepszym wypadku będziemy na nią czekać jakieś sześć lat. Do tego czasu trzeba jakoś uregulować 19-kilometrowy odcinek Osobłogi i kanał Młynówki. Rzekę trzeba oczyścić, wyciąć krzaki i drzewa.

Z informacji, jakie trafiły do głogóweckiego magistratu, wynika, że w tym roku na uregulowanie zlewni Osobłogi miało pójść w sumie 800 tysięcy złotych. Po kolegium doradczym wojewody zapadła decyzja, by dołożyć kolejne 400 tysięcy.

A pozostałe punkty? Aż 9 z nich znajduje się w zlewni Odry: w rejonie Ciska i Brzegu ale także samego Opola, gdzie wciąż zagrożony jest Metalchem, Półwieś i wioski w gminie Prószków, gdzie wciąż nie udało się zbudować polderu “Opole” uzupełnionego wałami opaskowymi chroniącymi Winów, Źlinice, Folwark i Boguszyce. Niebezpiecznie jest też w rejonie Białej Głuchołaskiej i Nysy Kłodzkiej, gdzie konieczna jest nie tylko pilna modernizacja zbiornika Głębinów wraz z zagrożoną pęknięciem tamą,ale także poszerzenie koryta rzeki w rejonie Lewina Brzeskiego i Skorogoszczy.

Autor artykułu: Marek Świercz

Randka z Bobem Dylanem

Tuesday, June 3rd, 2008

Jest stary, brzydki, beczy jak owca, bywa cyniczny i wredny niczym ospa wietrzna. Nie przeszkadza mu to jednak mieć więcej fanów niż Lenin, Lennon i Szekspir razem wzięci. Bilety na jego warszawski koncert sprzedały się szybciej niż bugatti veyron dochodzi do setki (niedobitki krążą jeszcze na aukcjach internetowych). Sprawca całego zamieszania zagra 7 czerwca w klubie Stodoła. To będzie rzadki przypadek międzypokoleniowego zjednoczenia, bo obok emerytów pojawią się też fani w wieku średnim oraz ich dzieci. Tego nie dokonała nawet Maryla Rodowicz.

Warszawski koncert 67-letniego artysty będzie luksusowym smakołykiem dla wszystkich jego fanów. Choć popyt na bilety prawie pięciokrotnie przewyższył podaż, Dylan nie zgodził się na przeniesienie występu do większej sali. Tym razem nie z wrodzonej złośliwości. Mimo że w całej Europie gra w halach i na stadionach, wyraźnie zastrzegł, że koncert w Warszawie dla polskich fanów ma być kameralny. Dzięki temu każdy, kto stawi się w sobotę w klubie, będzie miał artystę na wyciągnięcie ręki. I tak zamiast muzycznego hamburgera rodzimi fani Dylana zostaną uraczeni szampanem i truskawkami.

Co więcej, bard obiecał, że nikt z występu nie wyjdzie z artystycznym niedosytem. Koncert ma trwać bite trzy godziny, a to gwarantuje solidną dawkę songów z przepastnego Dylanowskiego repertuaru. I całe szczęście, bo ostatni raz kompozytor gościł w Polsce w 1994 roku, więc jego miłośnicy są już nieco wygłodniali koncertowych popisów idola.

O ile starzy dylanofile doznają na koncercie przyjemności podobnej do tej, jaką przeżywa się, czytając po raz kolejny ulubioną książkę, o tyle dla nasto- i dwudziestolatków spotkanie na%07żywo z mistrzem może być prawdziwym objawieniem. Bo kto to jest Bob Dylan, każdy wie; że warto iść na jego koncert, to banalna banalność. Ale że wbrew obiegowym opiniom Dylan nie mieszka w parku jurajskim i nie jest tylko nudnym starym pierdziochem z gitarą, nie wszystkie małolaty wiedzą. Czym artysta, który debiutował 46 lat temu (płyta “Bob Dylan”), może zaimponować fanom Jaya- Z, Nirvany i Madonny?

Po pierwsze tym, że to on wymyślił wszystkie gatunki, które uprawiają dziś idole nastolatków. Tak, tak, Bob Dylan jest kimś w rodzaju muzycznego stwórcy, który pierwszego dnia wymyślił protest songi, drugiego rock, trzeciego poezję śpiewaną, we czwartek pop, w piątek hip-hop (zobaczcie DVD z trasy “Don’t Look Back”), w sobotę odpoczywał (bo to szabas), a w niedzielę ruszył w niekończącą się trasę koncertową.

Po drugie – bezkompromisowością miłą sercu każdego młodego człowieka. To przecież on dokonał tego, na co nikt wcześniej się nie odważył: wyciągnął folk z amerykańskiej stodoły i uczynił najpopularniejszym gatunkiem wśród nowojorskich snobistycznych elit. Singel “Blowin’ In the Wind” (pochodził z jego drugiej płyty “The Freewheelin’ Bob Dylan” z 1963 r.) na zawsze zmienił układ w show-biznesie. Folk-popowa melodia (częściowo zerżnięta z ludowej piosenki śpiewanej przez niewolników “No More Auction Block”) w połączeniu z zaangażowany tekstem, interpretowanym jako filozoficzne dywagacje na temat praw człowieka, wywróciły do góry nogami reguły rządzące muzyką rozrywkową. Sukces Dylana przekonał wytwórnie, że artysta z poglądami to też gorący towar.

Po trzecie – buntowniczymi skłonnościami. Muzyk nie tylko przekornie pisał popowe, melodyjne protest songi, nucone później na pacyfistycznych wiecach przeciwko wojnie w Wietnamie lub w obronie praw człowieka, ale i ładował w nie cytaty z literatury, fakty historyczne (jego ostatnia płyta “Modern Times” z 2006 r. prawie w całości poświęcona jest amerykańskiej historii ostatnich dwóch wieków) oraz dywagacje filozoficzne i religijne.

Jego teksty to poetyckie majstersztyki, które trafiają do podręczników literatury (w niektórych zastąpiły nawet poezję Szekspira). W dodatku małolaty chętniej do nich sięgają niż do poezji wieszczów, bo to prawdziwe bryki, dzięki którym odkrywają Balzaka, Woltera, Monteskiusza i Dostojewskiego. Ale Dylan, choć już trzykrotnie był nominowany do Nagrody Nobla, nie robi z siebie intelektualnego guru. Swoją twórczość kwituje niezbyt poetycko: “Wyrzyguję to, czym nasiąkam”.

Tak, moi drodzy, Bob Dylan może jest stary, brzydki i wredny. Ale za kolejne 10 lat na jego koncert znów przyjdą tłumy. I to nie tylko nudnych starych pierdziochów.

Autor artykułu: Dagny Kurdwanowska

Zyski większe i bezpieczniejsze niż na lokacie

Tuesday, June 3rd, 2008

Wreszcie jest oferta inwestowania skierowana do mniej zamożnych klientów. A jeszcze niedawno szyte na miarę propozycje inwestycyjne gwarantujące zwrot wpłaconych pieniędzy nawet w przypadku poniesienia strat były dostępne tylko dla klientów z najgrubszymi portfelami. W większości przypadków minimalna kwota, którą należało wpłacić, wynosiła 100 tys. zł.

Teraz mogą z nich skorzystać klienci dysponujący 5, a nawet 1 tys. zł. Takie produkty cieszą się coraz większym powodzeniem, ponieważ klientom po ubiegłorocznych spadkach na giełdzie i w funduszach inwestycyjnych zależy przede wszystkim na bezpieczeństwie lokowanych pieniędzy. Wszystko wskazuje na to, że inwestycje z gwarancją kapitału lada dzień staną się ogromną konkurencją dla funduszy inwestycyjnych, które straciły zaufanie drobnych inwestorów i teraz borykają się z brakiem gotówki.

Jak wynika z opublikowanego wczoraj raportu firmy doradczej Open Finance, w produkty z ochroną kapitału (tak zwane produkty strukturyzowane) Polacy wpłacą w tym roku około 7,5 mld zł. To bardzo dużo, zważywszy, że jeszcze rok temu prawie nikt nie wiedział, co to jest “struktura”. Od tamtej pory banki i pośrednicy finansowi wspólnie z towarzystwami ubezpieczeniowymi zaproponowali Polakom już ponad 300 możliwości inwestycyjnych z ochroną wpłaconych pieniędzy.

- Zdecydowana większość “struktur” jest sprzedawana w Polsce jako kilkuletnia polisa na życie – mówi Emil Szweda, analityk Open Finance. – Taka forma poza możliwościami osiągnięcia zysków większych niż na lokacie pozwala także uniknąć 19-procentowego podatku Belki – dodaje.

W większości banków można dzisiaj znaleźć “struktury”, w których minimalny próg wejścia w inwestycję wynosi od 5 do 10 tys. zł. Jednak Getin Bank poszedł dalej. W tym banku klienci mogą już stać się inwestorami, nawet jeżeli dysponują kwotą tysiąca złotych. – Chcieliśmy zagwarantować naszym klientom bezpieczeństwo wpłacanych środków, a jednocześnie możliwość osiągnięcia zysków wyższych niż na zwykłej lokacie – podkreśla Tomasz Tomaszewski, dyrektor ds. klientów detalicznych w Getin Banku.

Zyski w “strukturach” są uzależnione od tego, jak w okresie inwestycji zachowają się instrumenty finansowe, w których lokowane są pieniądze. Nie chodzi jednak o to, by zawsze rosły, a tylko, by zachowały się zgodnie z przewidywaniami twórców produktu. Najprościej mówiąc, klient zakłada się, że np. akcje spółek z danej branży w ciągu trzech lat wzrosną bądź spadną o konkretną wartość. Jeżeli tak się stanie, klient dostaje umówiony wcześniej zysk, np. 50 procent.

Możliwości form inwestowania są setki. Za pośrednictwem “struktur” można np. ulokować pieniądze w spółkach, które w najbliższych latach będą czerpać zyski z rozwoju energii odnawialnych, drożejącej żywności, surowców czy firmach inwestujących w krajach rozwijających się.

Autor artykułu: Łukasz Pałka

Radwańskie zjedzą kolację z Henin

Tuesday, June 3rd, 2008

Po odpadnięciu Agnieszki Radwańskiej w tegorocznym Roland Garros zostali nam już tylko Mariusz Fyrstenberg (razem z Czeszką Vladimirą Uhlirovą awansował do drugiej rundy miksta) i juniorzy.

Co ostatni zaczęli bardzo dobrze. W niedzielę wieczorem mecz wygrał Jerzy Janowicz. Wczoraj w jego ślady poszła Sandra Zaniewska, która pokonała 7:5, 7:5 Ukrainkę Ludmiłę Kiczenok.

W Paryżu wciąż są jeszcze siostry Radwańskie. Tym razem z powodu Uli, która będzie odbierać we wtorek nagrodę dla najlepszej juniorki świata w 2007 roku. Ich ojciec zdradził nam, że podczas uroczystej kolacji zorganizowanej przez Międzynarodową Federację Tenisową (ITF) rodzina Radwańskich usiądzie przy jednym stoliku z Belgijką Justine Henin i Szwajcarem Rogerem Federerem.

Ula wraca do Polski w środę, by przygotowywać się doWimbledonu (ma duże szanse na dziką kartę). Agnieszka zostanie we Francji do czwartku. Nasza najlepsza tenisistka wciąż narzeka na kontuzję, przez którą najprawdopodobniej przegrała w IV rundzie z Serbką Jeleną Janković.

- Córka miała we wtorek rano zabiegi laserowe. Na razie wygląda to coraz gorzej, a nie coraz lepiej. Ręka spuchła jej jak bania – przyznaje Radwański. – Z tego powodu zdecydowaliśmy się odwołać jej start w rozpoczynającym się 9 czerwca turnieju w Birmingham. Agnieszka zagra dopiero tydzień później w poprzedzającym Wimbledon turnieju w Eastbourne – dodaje papa Radwański.

Wtorek wyłonił również pierwszych seniorskich ćwierćfinalistów. Chilijczyk Fernando Gonzalez bez większych problemów wygrał 7:6 (4), 6:3, 6:1 z Amerykaninem Robbym Gineprim. W czołowej ósemce pań jest również pogromczyni Marty Domachowskiej Jelena Dementiewa. Rosjanka pokonała 6:4, 1:6, 6:2 swoją rodaczkę Wierę Zwonariową.

Mecze Rogera Federera z Francuzem Julienem Benneteau i Rosjanek Marii Szarapowej z Dinarą Safiną zostały przerwane z powodu deszczu i zakończyły się po zamknięciu tego wydania “Polski”. Spotkania z Francuzką Kristiną Mladenovic nie dokończyła również Polka Katarzyna Piter (prowadziła 6:2, 2:1).

Autor artykułu: Hubert Zdankiewicz, Paryż